Google Website Translator Gadget

środa, 20 października 2010

13.10 - "Kasa na stół" czyli pierwsza wypłata; kolejny wieczorek zapoznawczy

Po kilkakrotnych pytaniach: "kiedy będą pieniądze" doczekałem się ich wreszcie. Dostałem moje 750 lir jak było ustalone. Mogłem zatem kupić sobie w końcu turecką kartę sim, zrobić większe zakupy bo zostały mi resztki pieniędzy, więc zależało mi na jak najszybszym otrzymaniu zapłaty.

Więcej godzin - nowe grupy

W końcu dostałem nowe grupy - grupę nastolatków ale tym razem starszych niż grupa weekendowa, dzieciaczki (4 dziewczynki) oraz prywatnego ucznia. W postcie tym napisze trochę o tej pierwszej. Nasza znajomość zaczęła się dość dziwnie, bo wg planu miałem z nimi mieć zajęcia we wtorek, natomiast w poniedziałek - drugi nauczyciel. Zatem siedziałem sobie w domciu, śmigałem po Internecie, aż tu nagle widzę jak przyszedł mail od Abdullaha, w którym pisze bym do niego natychmiast zadzwonił. Dzwonię zatem i dowiaduję się że mam zajęcia a grupa czeka. Migiem się przebieram i pędzę do szkoły. Oczywiście grafik się zmienił albo ja coś przeoczyłem i jednak miałem zajęcia w poniedziałek. Zrobiliśmy tego dnia tylko jedną godzinę. Jednak jak się potem dowiedziałem, drugi nauczyciel jednak zaczął z nimi książkę i skończył mniej więcej na tej samej stronie co ja. Czyli grupa miała 2 razy to samo. Jednakże muszę orzec, że ludzie są po prostu świetni: nie spóźniają się, rozumieją co się do nich mówi i nie zwalniają tempa lekcji z powodu problemów, pytań; albo zbyt długiego czytania, pisania i sprawdzania tego co napisali. Mogę zatem stosować normalną metodę Callana z 7 stronami tzw New Work, podwójnymi czytaniami i dyktandami oraz częścią konwersacyjną na koniec lekcji. Raz nawet przerobiłem z nimi 12 stron, co jest trochę za dużo gdyż górny limit to 8,9 str, bardzo dobra grupa może opanować 10. Ale nie było strasznie dużo materiału na tych stronach i uczniowie dawali sobie z nim radę, więc trochę zaszalałem.

wtorek, 19 października 2010

Dżampreza - 09.10.2010

W końcu coś się ciekawego dzieje. Po przyjściu do domu zauważyłem, że było więcej osób niż zwykle. Oczywiście stół zasyfiony jak zwykle, panowie siedzą i wyżerają mój chleb - nic nowego. W sumie najczęściej chleb mi wyżerają chociaż mówią, że mogę korzystać z ich zasobów, ale co tam jest: same przeciery pomidorowe, trochę ryżu, przyprawy i w sumie tyle. Ja kupuję chleb głównie dla siebie żeby mieć do wędliny albo do czegoś innego.  Kupuję też sobie jakieś rzeczy by je ugotować bo niby jest kucharz u nas ale tak naprawdę go nie ma (bo prawie cały czas jest poza domem). Więc mimo ich zapewnień że nie muszę martwić się o jedzenie i nie muszę sam gotować, robię to bo moja praktyka skończyłaby się przed planowanym terminem z powodu mojego nagłego i jakże gwałtownego zejścia śmiertelnego z głodu. No dobra, ach ci Turcy. Tego dnia nakupili jednak warzyw, więc i ja skorzystałem na tym, jak oni moje to ja ich. Coś wisiało w powietrzu jakby to Gandalf powiedział. Także wieczorem usłyszałem ożywione ruchy i głosy w przedpokoju. Nie wiedziałem jeszcze o co biega. Dopiero potem zaczęło się krzątanie w kuchni: skrobanie, siekanie, krojenie, obieranie itp.

W sumie to w końcu mogę pokazać moich współlokatorów (tak,tak to ci z głowami zakreślonymi czerwonym kółkiem). Suleyman to, powiedzmy, nasz kucharz. Ale co on może ugotować jak nie ma żadnych produktów w domu, albo gotuje o nietypowych porach: w nocy, jak ja już po kolacji jestem albo koło południa w weekendy jak jestem w szkole. Często go w ogóle nie ma więc zapewnienie że nie muszę martwić się o jadło bo jest kucharz trochę mnie nie przekonało. No i miałem rację. Sam kupuję produkty (które oni mi czasem wyżerają, głównie chleb) i coś tam sobie pichcę. Czasem proponują wyjście do knajpki koło 12, 1 w nocy, jak jestem jeszcze głodny to idę. W sumie to jem i jem i końca nie widać bo przez ten bułkowaty chleb nie można się porządnie najeść. No i brakuje europejskich przypraw i normalnego polskiego chleba i wędlin.
Ale wracam z powrotem do opisu imprezy. W kuchni przygotowywano zatem produkty, natomiast w pokoju gościnnym (który normalnie wygląda tak)
2 osoby przygotowywały tradycyjną potrawę, która nazywa się çiğ köfte. To są tak naprawdę kuleczki mięsne na ostro z natką pietruszki i przyprawami.
domowe przygotowywania potrawy
Tak wygląda gotowa potrawa, którą serwuje się napekince



Wyjście na balkon, czasem trzeba się przewietrzyć :)
Przygotowania trochę potrwały, ponadto jeszcze przygotowano melon, i kolejną tradycyjną potrawę (chyba nie widać na zdjęciach ale wezmę z Wikipedii) tzw haydari - jogurt z pieprzem, solą, świeżą (!) miętą i czosnkiem (tak w skrócie). Pycha!
Nasze panny
 
Po żmudnych przygotowaniach i degustacji polskiej czekolady (oczywiście wszystkim smakowało. Wiadomo - Wedel) zaczęło się party. Powstały dwa kółeczka - religijni muzułmanie (czytaj niepijący chociaż popijali troszkę wina co niektórzy) - głównie dziewczyny i normalni (czyli pijący) - sami faceci. Ja oczywiście zasiadłem w tym ostatnim. :-D Popijaliśmy narodowy turecki trunek - Raki. Ma on bardzo anyżkowy smak, a tradycyjnie pije go się rozrabiając pół na pół z wodą (to w sumie 45%) i dodając kostki lodu. W sumie nie czuje się w ogóle że się pije, lecz po paru szklaneczkach doświadcza się, że Ziemia naprawdę się kręci a przyciąganie ziemskie zmienia się z 1 na 2g. No ale było całkiem sympatycznie - porobiliśmy zdjęcia, pogadaliśmy o trunkach w Polsce, o dziewczynach itp. jak to faceci. Słuchaliśmy też muzyki - tureckiej oczywiście. Turcy mają obsesję na punkcie dumy narodowej -szczególnie wyrażają to słuchając swojej muzyki. O północy większość (głównie dziewczyny) zbierała się do domów a my zaczęliśmy znosić wszystko do kuchni. Aha, zapomniałem dodać że nie dlatego rozmawiałem z facetami bo męska solidarność albo coś w tym stylu. Po prostu tylko oni mówili po angielsku :) Domyślacie się pewnie, że nie miałem problemów z zaśnięciem tej nocy, mimo tego że przyszli do mnie spać Suleyman i ktoś jeszcze      (ale nie przyjrzałem się dokładnie kto) oraz że miałem na 10 do pracy następnego dnia. Oczywiście nie mogło zabraknąć Elvisa, który oczywiście wszystko i wszystkich obwąchiwał i trzeba było zamykać drzwi by nam nie wyjadł wszystkiego i nie kręcił się pod stołem.
Elvis oczywiście lubi włazić wszędzie i obwąchiwać wszystko
Elvis i jego zabawy z dziewczynami
Elvis uwielbia włazić między nogi i obwąchiwać wiadomo co
....i oczywiście dymać nogi na prawo i lewo
W sumie wszyscy w komplecie, oprócz robiącego zdjęcie ale jego widać jak przygotowuje köfte.

Bardzo podobne zdjęcie, a w środku Ayran w butelce (jogurt z wodą), który smakuje jak nasze zsiadłe mleko. Turcy piją go nagminnie do wszelakich posiłków, natomiast cudzoziemcy - Colę, Fantę, Sprite itp.

Powyżej natomiast widzicie Ahmeda. To bardzo specyficzna postać. Pracuje on w lokalu, gdzie często stołują się moi współlokatorzy. Prawie codziennie po pracy (około 2,3 rano) przychodzi do nas spać na kanapie albo w salonie albo w kuchni i zawsze przychodzą po niego z pracy kolo 12 i są problemy z jego dobudzeniem. Ale to nie mój problem. Zawsze pije sporo u nas (widać po paru buteleczkach i/lub puszeczkach Efesu - jednego z dwóch rodzajów piwa tureckiego.



Ahmed i jego przeróżne dziwne zabawy, nie widzieliście jak próbuje całować Suleymana i Sercana. 





















niedziela, 17 października 2010

Miesiąc w Turcji mija - czas ubiegać się o prawo pobytu.

Po pierwszym mailu z prośbą o pomoc w ubieganiu się o prawo pobytu, który został wysłany i zapomniany, wysłałem drugi z "uprzejmą" prośbą o dopełnienie formalności, gdyż został chyba dzień czy dwa do upłynięcia ustawowego miesiąca w którym trzeba ubiegać się o prawo pobytu gdyż potem mogą być problemy z jego uzyskaniem. Dowiedziałem się więc, że zostaną wysłane dokumenty do szkoły, razem z wytycznymi co trzeba dołączyć. Zatem: paszport i kopia strony ze zdjęciem i wizy, odręczne pismo do władz, że ubiegam się o prawo pobytu (oczywiście napisane przez aiesecera), 7 zdjęć (argh!!!), których oczywiście nie miałem, pismo ze szkoły z paroma danymi, oraz AN szkoły. Dodatkowo jeszcze miałem (o zgrozo) wziąć 160 lir. Patrzę do mojego portfela a tam zaledwie 6 lir. Zatem trzeba było śmigać następnego dnia do banku i wymienić moje kochane funciaki. Miałem być na 12 - 13 w szkole. Tam miałem się spotkać z aiesecerem (tak, tym który mnie odebrał 1szego dnia i potem zaprowadził do pracy) by potem pojechać na komisariat. Oczywiście przyszedł grubo po 13 a nie czy nie wręcz koło 13.30. Oczywiście pogadał z Abdullahem Sekretarzem, wypił wodę i poszliśmy.... do centrum handlowego bo tam mieliśmy jeszcze zajść po Tajwankę, która też się wybierała na komisariat by złożyć papiery. Trochę nam to zajęło bo jeszcze mój "opiekun," który w ogóle nazywa się Cavit (Dżawit się wymawia), spotkał jakąś swoja kuzynkę i trochę pogadali ale zaraz ruszyliśmy, zgarnęliśmy dziewczynę i do dolmusu (duolmusz mniej więcej się wymawia, nie mam tureckich znaków - dwie kropki nad o jak w niemieckim i ogonek przy s jak w rumuńskim albo chociażby francuskim). Oczywiście jak się dowiedzieliśmy trzeba jeszcze przetłumaczyć notarialnie AN bo tylko takie uznaje policja, natomiast logo aieseca i pieczątka firmy jest bez żadnego znaczenia. No i oczywiście koszty - tym razem 25 TL. Potem jeszcze zdjęcia - kolejne 8 TL, potem jeszcze musiał ten Cavit napisać pisma ręcznie z naszymi adresami w kraju i w Turcji z jego i naszymi podpisami. No i w końcu na komisariat. Oczekaliśmy się trochę bo każdy smerf nas olewał. Najpierw Turcy, potem dopiero my. No ale złożyliśmy papiery, kilka podpisów na jeszcze innych kwitkach, zapłaciliśmy 135 lir i to by było na tyle. Za parę dni dokument miał być gotowy. No cóż, głodny (bo jadłem tylko śniadanie) wsiadłem w dolmus i dotarłem koło 17 do domu.

Krótki post na 01.10.2010

Właściwie chcę napisać tylko o jednym: poprzedniego dnia czyli w czwartek powiedziano mi, żebym przyszedł na 10 następnego dnia by obserwować zajęcia z prywatnym uczniem. Przyszedłem oczywiście, chociaż akurat wtedy nie czułem się za dobrze, by dowiedzieć się że zajęcia te zostały odwołane. Ja to mam szczęście :)

29.09 - zajęcia, których nie było

Nieźle mnie załatwiła szkoła tego dnia. Na grafiku jeszcze w poniedziałek widniało moje nazwisko na środowe zajęcia. A co się okazało gdy przyszedłem wieczorem (bo miałem mieć na 19.30)? Że przez te dwa dni plan się zmienił i jednak nie mam zajęć w ten dzień. Obserwowałem tylko zajęcia jednej z moich grup. Te 2 pierwsze tygodnie były dość męczące dla mnie: sporo nowości, troszkę stresu podczas początkowych lekcji i dodatkowe czynności, które mi zlecono. Do tych ostatnich należało prowadzenie próbnej lekcji, wykonanie tzw. "level definition" czyli zadawanie serii pytań wziętych z książki posortowanych od Stage'a 1 w górę, oczywiście z rosnącym stopniem trudności. Służą one w celu określenia do jakiej grupy dana osoba powinna dołączyć. Miałem tych osób z 6, 7 czy nawet jeszcze wiecej; zatem jak przyszedłem o 10 tak wyszedłem około 16. Czasem też prowadziłem tzw "catch-up" czyli zajęcia dla osób które chcą dołączyć do jakiejś grupy ale muszą nadrobić materiał, który już został przerobiony. Czasem robiłem powtórkę stage'a dla osób które oblały egzamin, rzadko to się zdarza na pierwszych stage'ach ale raz mi się zdarzyło że gościu oblał exam z stage'a 1. No ale bywa i tak. Oczywiście jak się domyślacie po każdym stage'u jest egzamin, który powinien trwać ok. 40 min :część 1 - 40 yes/no questions (uczniowie muszą tylko wpisać yes albo no), cześć 2 - 40 słów które uczniowie tłumaczą na swój język (w moim przypadku turecki) i ostatnia część - dyktando (krótki tekst który uczniowie mają napisać a który dyktowany jest przez nauczyciela). Oczywiście nie można uniknąć ściągania mimo próśb i gróźb. Ale sami robią sobie krzywdę, gdyż na wyższych etapach albo jak im sie zdarzy potrzebować języka w życiu to nie będą umieli nic powiedzieć. Tak jak idzie się do sklepu albo urzędu a tam nie dogadasz sie z nikim po angielsku. Niekiedy ktoś wydusi z siebie parę słów ale na dłuższa metę lepiej mieć Turka pod ręką. Ja np w sklepie czasem używałem gestów używając metody Callan'a zresztą :) - To chcę... wskazując palcem albo większy kawałek... rozsuwając dłonie od siebie. Dobrze że w hipermarketach jest kasa fiskalna z wyśletloną ceną, ale np na jakimś tam rynku, bazarze, czy gdzie nas tam nogi poniosą nie zawsze jest i trzeba sobie jakoś radzić. Zawsze dobrze jest dać więcej gdyż zawsze dostaniemy resztę jakby co. W sumie na zajęciach nie było póżniej żadnych nowości (do pewnego czasu) zatem skupię się raczej w nastepnych postach na życiu prywatnym...

sobota, 16 października 2010

Po weekendzie - poniedziałek 27.09

To był dość dziwny dzień. Zajęcia miałem na 19.30 ale zawsze jestem z pół godziny wcześniej by przejrzeć książkę i przygotować się na spokojnie gdyż czasem są takie pytania w książce że na trzeźwo nie zdzierżysz ich (oczywiście w przenośni). Odpowiedzi też wymagają sporo wysiłku od studentów. Np jest pytanie: What is the difference between tall and short and high and low? Odpowiedź jest natomiast na 2 linijki w książce. I zawsze widać po twarzach uczniów: tylko nie ja, proszę. Poza tym metoda wymaga odpowiedzi identycznej z tą zamieszczoną w książce, pomimo tego że uczeń może dobrze odpowiedzieć tylko że swoimi słowami. Ale wracając do tego poniedziałku.... W grafiku jeszcze w niedzielę widniał wpis stage 1A. Zatem zacząłem przeglądać książkę stage 1. Natomiast za chwilę dowiedziałem się że mam zajęcia z grupą stage 3. Trochę mnie to zaskoczyło, gdyż nie znałem książki z tego poziomu, poza tym pytania i odpowiedzi są jeszcze dłuższe niż na stage'u 1 i 2. -Na głęboką wodę mnie skurczybyki rzucili- myślę sobie -ale jakoś trzeba działać. Do przodu, do przodu - cytując klasyka futbolu Krzynka. Jakoś przebrnąłem przez 1 godzinę, potem dowiedziałem się że jednak mam wziąć stage 1 na drugą godzinę. Nieporozumienie, tak miało być, chcieli mnie sprawdzić - nie było mi dane poznać prawdziwej przyczyny. Ale już nie miałem więcej stage'a 3, tylko same 1, ku mojej uciesze. To też fajna grupa - jeden gościu nie zawsze wszystko czai ale śmieje się mimo to od ucha do ucha. No i jednak ten dzień skończył się całkiem dobrze mimo szoku spowodowanego nagłą zmianą  stage'u.