Google Website Translator Gadget
środa, 3 listopada 2010
Kolejny cięzki dzień - wtorek 2 listopada
Zaduszki też nie należały do najłatwiejszych. Znowu miałem prywatnego ucznia nie wiem dlaczego ponieważ wg planu nowa nauczycielka ma go mieć ale tylko ten tydzień ma być taki pokręcony (mam nadzieję). Przyszedłem na 11.30 i normalnie zaczęliśmy lekcję ale po chyba 15 minutach przyszłą Zeynep i powiedziała żeby się wstrzymać 15 minut bo nowa nauczycielka nie zdążyła na autobus czy pociąg czy coś tam, a miała obserwować moje zajęcia. Czekamy do 12 a tu nic; ja nie było jej tak nadal jej nie ma. Czas wykonać telefon. Okazało się że się zgubiła i nie wie jak dojść do English Life. Po próbach określenia jej lokalizacji ( z pomocą jakiegoś Turka która akurat gdzieś tam przebywał obok niej) ustaliliśmy gdzie ona się znajduje. Więc razem z Abdullahem i uczniem (który wcześniej postawił mi kawę podczas naszego oczekiwania) pojechaliśmy samochodem tego drugiego po naszą nauczycielkę. W sumie było chyba z 45 min obsuwy zanim zaczęliśmy lekcję. A musiałem zaczynać od początku więc te 15 min było zmarnowane. Tak że miałem chyba z 20 czy 25 min przerwy z godziny wg planu. Oczywiście zajęcia o 14.30 przebiegły bez zakłóceń jak zwykle. No i w końcu dziewczyny miały szkolenie z metody. chociaż zostały rzucone na głęboką wodę wieczorem - jedna stage 6 chyba a druga 10). Ja jak wychodziłem ze szkoły bylem przygotowany na to że wezmę stage 3 więc przejrzałem szybko książkę. Abdullah postawił mi lunch na wynos ponieważ powodu obsuwy nie poszliśmy w ciągu planowanej godziny : 2 adana tavuk Şiş - czyli wołowe kebaby zawinięte w naleśniczek. Do tego trochę pikli: ogórki konserwowe, które smakują inaczej niż nasze (bardziej słodkie i nie czuć w ogóle octu) i małe ostre papryczki (nie wiem jak się nazywają bo u nas w Polsce ich nie ma). W sumie bardzo dobrze że tak się stało. A dlaczego to zaraz opowiem. Po drodze kupiłem 3 Efesy żeby wypić z kolegami co też dostarczyło mi nie lada zmartwień (o czym tez powiem). Wracam do domu i zjadam te tavuki i zacząłem gotować makaron spaghetti jednak w trakcie gotowania zabrakło prądu (a kuchenka jest na prąd jak na razie), potem na 10 sekund włączyli a potem znowu nie było. Zatem zostawiłem ten niedogotowany makaron bo już musiałem wychodzić na zajęcia. Potem okazało się że mam zajęcia ze stage'm 1 nie trzecim (super, grafik zmienił się w trakcie 3 godzin) od tego z pracownikami z firmy Aydem, która właśnie zajmuje się dostawą energii elektrycznej ale nie mogłem im wygarnąć za częste braki prądu; nie tylko dlatego że to moi uczniowie ale także ponieważ nie znali angielskiego na tyle by mnie zrozumieć. Czyli ten lunch od Abdullaha był zbawienny dla mnie gdyż inaczej nic bym nie zjadł. Oczywiście było zamieszanie kto gdzie ma uczyć, problemy ze zrozumieniem że uczniowie mają się 2 (!) razy podpisać pod SWOIM imieniem, chociaż pokazywałem gdzie i ile palcami. Ale nie ma co zbytnio się na ten temat rozpisywać. Ważne jest to że mój makaron wylądował w koszu także zjadłem co innego co było w lodówce. Potem przyszło z czterech kumpli moich koleżków i jakaś mini impreza była. Oczywiście były problemy ze spaniem bo nie zamknęli drzwi od dużego pokoju a także ja nie mogłem zamknąć swoich bo miał jeden albo dwóch spać u mnie. Do tego nie umieją mówić szeptem by uszanować że ktoś próbuje spać.No ale trudno bo dzisiaj mam na 19.30. Ale się nieźle wku....łem jak zobaczyłem dzisiaj rano, że moje piwa "zniknęły". Nawet mi jednego nie zostawiły skurczybyki. 9 lir poszło się gonić. Więcej już nie kupię im i będę gdzieś chował swoje. Drastyczne sytuacje wymagają drastycznych środków jak mawiają Anglicy.
poniedziałek, 1 listopada 2010
Cholera jasna! Co to ma być?
Miałem dziś mieć zajęcia na 14.30 więc nie spieszyłem się zbytnio ze wstawaniem. Jedząc śniadanie, zadzwonił do mnie telefon, mniej więcej o 11.30. Dowiedziałem się że mam prywatnego ucznia o 12 (!) Cudownie wręcz. Zbieram się więc jak najszybciej i pędzę do szkoły. Zdążyłem 3 min przed 12 (:)) Przeszli samych siebie. Poprzednio dostałem wiadomość godzinę max przed lekcją. W ogóle to wyjątkowo miałem dzisiaj o tej godzinie i do tego krócej ponieważ miałem zaraz potem catch-up z czterema osobami. Potem poznałem nasze nowe nauczycielki, które jak się później dowiedziałem, bez treningu ani przygotowania zaciągnięte zostały do nauczania. Pierwszy raz widziały książkę, class sheet gdzie wpisujemy zrealizowany materiał i w ogóle metoda jest dla nich nowością. Tylko zaletą jest że są native speakerami (Australia + UK) ale akcent maja okropny, nie bardzo mogę zrozumieć co mówią. W ogóle to nawet się nie przedstawiły tylko weszły do mojej klasy. Myślałem że to może nowe uczennice ale powiedziały że to nowe nauczycielki (nikt mi nie powiedział wcześniej, nie przedstawił itp.) Nie wiedziały jak wygląda lekcja, powtórzenie, czytanie, dyktando, ile materiału się przerabia w powtórce i New Work; zupełnie nic a miały mieć wieczorem zajęcia z moimi grupami. Zeynep miała im powiedzieć co i jak ale wg mnie to za mało by oswoić się z metodą w 0,5 h. Wieczorem był normalnie chaos: 4 grupy do których potrzebna jest książka 1 a było tylko 2 książki nauczyciela. Zatem z Alicją wzięliśmy zbędne książki uczniów bo znaliśmy w miarę dobrze książkę a zostawiliśmy właściwe książki nauczyciela nowym dziewczynom. Było zmieszanie bo najpierw bylo zamieszanie z salami, potem były błędne nazwiska na class sheet, nie było obrazka w sali gdzie miałem zajęcia a był potrzebny do demonstracji tego słowa. Mi było gorąco, im zimno i chcieli dmuchawę żeby włączyć. Ja czerwony na twarzy od gorącego powietrza a oni siedzą w kurtkach.
Ja pierdzielę co za ludzie ale bardzo miło przebiegła lekcja mimo wszystko. Do tego jeszcze Abdullah musiał im wytłumaczyć o co chodzi w metodzie zanim zajęcia się zaczęły a także trzeba było nową class sheet sporządzić bo nie widzieli jak się mają wpisywać. Ale burdel, do tego nowe dziewczyny spieprzyły w ogóle zajęcia: wyszły roztrzęsiono po 1 h, nikt nie mógł ich zrozumieć (ich akcentu) nikt ich nie nadzorował. Najwidoczniej słabe psychicznie. Ciekawe czy zostaną czy też nie. Do tego jeszcze nie uzupełniły class sheet, więc klęliśmy po polsku z Alicją na nie. Jutro ma być tak samo chyba, paranoja. Do tego jeszcze Lucas - nasz amerykański nauczyciel też wyraził swoja opinię o szkole że nie jest dobrze prowadzona a kierownictwo nie wie jak nią kierować, a do tego jego n owa uczennica - Rosjanka, nie bardzo mówi po angielsku mimo że to chyba stage 6. Jutro podejrzewam że też będzie ciekawie. Ale grafik ma się zmienić i nie wiem czy przy końcu tygodnia nie będzie znowu jakichś zmian. Wszyscy jesteśmy trochę wzburzeni i lekko zmęczeni. Do tego całe dnie są upchane od rana do wieczora w nowe klasy tak że nie mam dnia wolnego. W sumie 22 h/tydz - to więcej niż początkujący nauczyciel w polskiej szkole wg Karty Nauczyciela. Jutro ma znowu obserwować moje zajęcia jedna z naszych świeżych belferek - tym razem z prywatnym uczniem. Chyba pożyczę, albo po prostu dam, jej moje materiały ze szkolenia w Izmirze bo mi i tak już raczej nie będą potrzebne. Chyba trzeba będzie się porządnie narąbać któregoś dnia.
Ja pierdzielę co za ludzie ale bardzo miło przebiegła lekcja mimo wszystko. Do tego jeszcze Abdullah musiał im wytłumaczyć o co chodzi w metodzie zanim zajęcia się zaczęły a także trzeba było nową class sheet sporządzić bo nie widzieli jak się mają wpisywać. Ale burdel, do tego nowe dziewczyny spieprzyły w ogóle zajęcia: wyszły roztrzęsiono po 1 h, nikt nie mógł ich zrozumieć (ich akcentu) nikt ich nie nadzorował. Najwidoczniej słabe psychicznie. Ciekawe czy zostaną czy też nie. Do tego jeszcze nie uzupełniły class sheet, więc klęliśmy po polsku z Alicją na nie. Jutro ma być tak samo chyba, paranoja. Do tego jeszcze Lucas - nasz amerykański nauczyciel też wyraził swoja opinię o szkole że nie jest dobrze prowadzona a kierownictwo nie wie jak nią kierować, a do tego jego n owa uczennica - Rosjanka, nie bardzo mówi po angielsku mimo że to chyba stage 6. Jutro podejrzewam że też będzie ciekawie. Ale grafik ma się zmienić i nie wiem czy przy końcu tygodnia nie będzie znowu jakichś zmian. Wszyscy jesteśmy trochę wzburzeni i lekko zmęczeni. Do tego całe dnie są upchane od rana do wieczora w nowe klasy tak że nie mam dnia wolnego. W sumie 22 h/tydz - to więcej niż początkujący nauczyciel w polskiej szkole wg Karty Nauczyciela. Jutro ma znowu obserwować moje zajęcia jedna z naszych świeżych belferek - tym razem z prywatnym uczniem. Chyba pożyczę, albo po prostu dam, jej moje materiały ze szkolenia w Izmirze bo mi i tak już raczej nie będą potrzebne. Chyba trzeba będzie się porządnie narąbać któregoś dnia.
niedziela, 31 października 2010
Niedziela 31.10
Na początek muszę powiedzieć, że trochę zaspałem tego dnia albo nie zaspałem. Trochę wydaje się niedorzeczne co właśnie napisałem ale za chwilę wyjaśnię o co chodzi. Otóż nastawiłem sobie budzik na 8 jak zwykle. Budzik dzwoni, ja się budzę i go wyłączam, Jednakże jakimś cudem przysnąłem, i po obudzeniu się nagle spojrzałem na zegarek i widzę 9.06. No to trzeba było się zbierać. Nie miałem czasu na śniadanie, tylko poranna toaleta i wyruszyłem do szkoły. Wziąłem mojego laptopa i po odpaleniu go w szkole widzę ze widnieje 9 zamiast 10 na zegarze. Sprawdzam parę serwisów internetowych, które podają czas na świecie i rzeczywiście: 9. Jak się domyślacie w nocy nastąpiła zmiana czasu na zimowy, co potwierdziła pani pracująca w szkole. No to poczekałem sobie godzinkę. Ale pooglądałem seriale w internecie i czas szybko zleciał. Oczywiście znowu 15 minut obsuwy bo młodzież się spóźniła. I musieliśmy dokończyć wczorajszy egzamin. 2 osób z wczoraj nie było za to przybyła nowa osoba i trzeba z nią było zrobić jeszcze 1 cześć egzaminu która była wczoraj. W sumie było tylko 4 osoby. Jedna nie zaliczyła i chyba nie powinna być na zajęciach ze stage'a 3. Ale to nie moja szkoła, jak chce to niech przychodzi ale podejrzewam i mam podstawy by sądzić, że dołączy do nowej grupy stage'a 1 która prawdopodobnie zacznie zajęcia w tym albo następnym tygodniu. A ponadto przyszła spóźniona o chyba 2 godziny osoba na egzamin. Oczywiście nie przerywałem normalnych zajęć i kazałem zostać tej osobie po zajęciach. W ogóle tu za bardzo pieszczą się z uczniami. Jak płaci to może nie przychodzić, olewać wszystko, a i tak nic im nie powiedzą. Oczywiście my Polacy (czyli ja i Alicja) nie dajemy sobie w kaszę dmuchać. Ale co my możemy; nie przerzucimy polskich realiów na grunt turecki. W Polsce przecież jak ktoś olewa nie zdaje na dalsze etapy, no i nie ma jawnego ściągania ( porozumiewania się po turecku). Jak mnie to może wkurzać. I jeszcze to dukanie, które zwalnia lekcje. Jak nie ktoś co raz nie może sam wykrzesać z siebie nawet najkrótszego zdania, to po co jest na stage'u 2 albo 3. niech wróci sobie do 1 żeby utrwalić wiadomości a nie męczyć się na wyższych poziomach. W Izmirze tak właśnie sprawa wygląda, a u nas klient nasz pan. I znowu oczywiście level definition dzisiaj robiłem ale po 5 min było wiadomo, że nic z tego dalej nie będzie i oczywiście delikwent został przydzielony do stage'a 1. W ogóle to były dziś straszne skoki napięcia, tak że nie było prądu, łącznie przez jakieś 40 min a może i nawet godzinę. To już drugi taki przypadek odkąd jestem w Denizli. Poprzedni raz chyba też był w niedzielę.
Po trochu o wszystkim
Czas udać się do fryzjera bo wyglądałem jak małpa po pracowitej nocy spędzonej na rzucaniu zgniłymi owocami w turystów:D. Zatem w środę 27.10 udałem się do tejże instytucji. Tak naprawdę fryzjer znajduje się dosłownie z 10 kroków max od mojego mieszkania. Sprawdziwszy uprzednio parę przydatnych słów by powiedzieć jak chcę być ścięty wziąłem w kieszeń 10 TL i czas było wyruszyć na wielką. Oczywiście jak nic nie czaję po turecku poza paroma wyrażeniami których się nauczyłem, a na moich współlokatorów rzadko można liczyć bo ciągle ich nie ma, jakoś na migi udało mi się doprowadzić proces ścinania włosów do pomyślnego końca. Zapłaciłem 8 TL, pożegnałem się grzecznie i wyszedłem. Bardzo są radzi Turcy jak powie się parę słów w ich języku, oni też parę słów po angielsku by sprawdzić czy wszystko w porządku.
...... W piątek, 19.10 było Dzień Republiki: w sumie nic specjalnego - sklepy otwarte, tylko flagi wywieszone. Przez cały dzień nic się nie działo, ale wieczorem poszliśmy do kawiarni na małe pyfko. Przybyło potem jeszcze parę osób a w międzyczasie leciał mecz między Fenerbahce a drużyną z Bursy (miasto rodzinne mojego współlokatora). Efekt końcowy - 1:1. Trochę dziwnie się czułem ponieważ nikt w sumie nie mówił po angielsku w stopniu komunikatywnym. Kto chciało coś zapytać to prosił Sercana o przetłumaczenie. Ale ogólnie rzecz biorąc było miło. Dzieciaki kręciły się wokół, robiąc furorę wśród ludzi znajdujących się w kawiarni (Właściwie z dwa mniejsze kluby nocne by się tam zmieściły w środku). Ceny wygórowane, ale podobno to centrum spotkań towarzyskich. Zobaczymy co z tego wyniknie.
..........Dzień dzisiejszy - Sobota 30.10 obfitowała w wydarzenia. Najpierw gdy przyszedłem do szkoły okazało się że jest jakiś zjazd aieseca i mieli jakieś obrady czy coś tam. No i w końcu poznałem Serhata - TN managera który załatwił mi match z English Life. Oczywiście musiałem zacząć później zajęcia bo przyszłą jedna osoba a mieliśmy mieć powtórzenie i egzamin. Oczywiście powtórzenie się przeciągnęło z powodu zbyt wolnego odpowiadania na pytania (jak zwykle). Potem egzamin - oczywiście zaczęliśmy z opóźnieniem i, o zgrozo' część I gdzie trzeba było wpisać tak lub nie robiliśmy do 12.30 a powinniśmy skończyć całe zajęcia o 12. W ogóle egzamin który max powinien trwać 40 min nie został ukończony ponieważ z pół godziny zajęła ta właśnie część. I zaczęło się teraz pytanie wzajemne (po turecku oczywiście) co znaczy to pytanie i myślenie bez końca, wielokrotne powtarzanie pytań, jedna dziewczynina nawet usiłowała sprawdzić w książce. Albo się wie albo nie. Nie ma co przeciągać tego w nieskończoność. Mają przecież napisane w książkach tłumaczenie wszystkich słów, a poza tym mieli tydzień na powtórkę materiału, co i tak przecież robimy na każdych zajęciach. No dobra... Jutro pozostałe części. Przez to nie miałem przerwy, gdyż miałem przejąć grupę stage'a 6 (tylko troje uczniów) gdyż Zeynep - ich nauczycielka pojechała odebrać nową nauczycielkę z dworca, a która, jak się okazało, nie mogła przyjechać, o czym nie powiadomiła ani szkoły w Izmirze (skąd ja wysłano) ani naszej. Dopiero po jakimś czasie telefon włączyła (bo wcześniej był wyłączony!) i Zeynep usłyszała że dopiero jutro się zjawi. Złe pierwsze wrażenie (Brytyjka podobno, znamy takie). Potem się okazało że mam mieć jeszcze jedne zajęcia zajęcia (4 godziny mają w soboty) czyli siedziałem w szkole do 16.30 nie przygotowany na taka ewentualność : głodny i zmęczony. No ale poszedłem do domu, zostawiłem swoje klamoty i poszedłem w poszukiwaniu strawy. Zawsze chciałem spróbować Kokoreç - takie tureckie Haggis, tylko że na ostro i z podrobów jagnięcych jeżeli dobrze pamiętam. Oczywiście trochę po turecku, trochę po angielsku ubiliśmy w knajpie interes i dostałem na wynos bułkę z wkładką + ściereczka nawilżająca (w każdej nawet najmniejszej knajpce mają swoje ściereczki) + cola, słomka i serwetka i udałem się do domu żeby spożyć mój późny "obiad", który wyglądał tak
Potem poszedłem z Elvisem na mały spacerek, ale moim celem było znalezienie poczty. Znalazłem ja bez trudu. Oczywiście wszystkie laski zachwycały się Elvisem jak przechodziliśmy. Oczywiście jak Elvis zobaczył kota nie łatwo było go odciągnąć by pójść do domu. ale jakoś w końcu się udało. Wystarczy wrażeń jak na jeden dzień.
...... W piątek, 19.10 było Dzień Republiki: w sumie nic specjalnego - sklepy otwarte, tylko flagi wywieszone. Przez cały dzień nic się nie działo, ale wieczorem poszliśmy do kawiarni na małe pyfko. Przybyło potem jeszcze parę osób a w międzyczasie leciał mecz między Fenerbahce a drużyną z Bursy (miasto rodzinne mojego współlokatora). Efekt końcowy - 1:1. Trochę dziwnie się czułem ponieważ nikt w sumie nie mówił po angielsku w stopniu komunikatywnym. Kto chciało coś zapytać to prosił Sercana o przetłumaczenie. Ale ogólnie rzecz biorąc było miło. Dzieciaki kręciły się wokół, robiąc furorę wśród ludzi znajdujących się w kawiarni (Właściwie z dwa mniejsze kluby nocne by się tam zmieściły w środku). Ceny wygórowane, ale podobno to centrum spotkań towarzyskich. Zobaczymy co z tego wyniknie.
..........Dzień dzisiejszy - Sobota 30.10 obfitowała w wydarzenia. Najpierw gdy przyszedłem do szkoły okazało się że jest jakiś zjazd aieseca i mieli jakieś obrady czy coś tam. No i w końcu poznałem Serhata - TN managera który załatwił mi match z English Life. Oczywiście musiałem zacząć później zajęcia bo przyszłą jedna osoba a mieliśmy mieć powtórzenie i egzamin. Oczywiście powtórzenie się przeciągnęło z powodu zbyt wolnego odpowiadania na pytania (jak zwykle). Potem egzamin - oczywiście zaczęliśmy z opóźnieniem i, o zgrozo' część I gdzie trzeba było wpisać tak lub nie robiliśmy do 12.30 a powinniśmy skończyć całe zajęcia o 12. W ogóle egzamin który max powinien trwać 40 min nie został ukończony ponieważ z pół godziny zajęła ta właśnie część. I zaczęło się teraz pytanie wzajemne (po turecku oczywiście) co znaczy to pytanie i myślenie bez końca, wielokrotne powtarzanie pytań, jedna dziewczynina nawet usiłowała sprawdzić w książce. Albo się wie albo nie. Nie ma co przeciągać tego w nieskończoność. Mają przecież napisane w książkach tłumaczenie wszystkich słów, a poza tym mieli tydzień na powtórkę materiału, co i tak przecież robimy na każdych zajęciach. No dobra... Jutro pozostałe części. Przez to nie miałem przerwy, gdyż miałem przejąć grupę stage'a 6 (tylko troje uczniów) gdyż Zeynep - ich nauczycielka pojechała odebrać nową nauczycielkę z dworca, a która, jak się okazało, nie mogła przyjechać, o czym nie powiadomiła ani szkoły w Izmirze (skąd ja wysłano) ani naszej. Dopiero po jakimś czasie telefon włączyła (bo wcześniej był wyłączony!) i Zeynep usłyszała że dopiero jutro się zjawi. Złe pierwsze wrażenie (Brytyjka podobno, znamy takie). Potem się okazało że mam mieć jeszcze jedne zajęcia zajęcia (4 godziny mają w soboty) czyli siedziałem w szkole do 16.30 nie przygotowany na taka ewentualność : głodny i zmęczony. No ale poszedłem do domu, zostawiłem swoje klamoty i poszedłem w poszukiwaniu strawy. Zawsze chciałem spróbować Kokoreç - takie tureckie Haggis, tylko że na ostro i z podrobów jagnięcych jeżeli dobrze pamiętam. Oczywiście trochę po turecku, trochę po angielsku ubiliśmy w knajpie interes i dostałem na wynos bułkę z wkładką + ściereczka nawilżająca (w każdej nawet najmniejszej knajpce mają swoje ściereczki) + cola, słomka i serwetka i udałem się do domu żeby spożyć mój późny "obiad", który wyglądał tak
sobota, 30 października 2010
Miłe momenty
Chciałbym napisać tutaj o kilku miłych momentach jakie spotkały mnie w pracy w szkole a także w życiu prywatnym o których jeszcze nie pisałem w poprzednich postach. Po pierwsze uczniowie bardzo doceniają jak człowiek jest miły i docenia ich wysiłek i pomaga przebrnąć przez kolejne długie i czasem dziwne pytanie a także czasem jeszcze bardziej zawiłą odpowiedź. Także jak jest miła atmosfera i ktoś popełni gafę (źle odpowie albo nie bardzo radzi sobie z odpowiedzią) nie ciąży na tej osobie jakiekolwiek piętno. Nawet jak są osoby które naprawdę nic nie potrafią wyprodukować to przy odrobinie śmiechu razem dochodzimy do odpowiedzi. nie potrafię wręcz wymienić wszystkich zabawnych sytuacji jakie wydarzyły się na zajęciach. Wymienię tylko kilka z przeogromnej skarbnicy: nieświadoma zamiana płci np he zamiast she w odpowiedzi, szybkie i bezbłędne przeczytanie z książki zamiast próby własnego sformułowania odpowiedzi, za co mówię "bardzo dobrze" oczywiście z przymrużeniem oka, czasem język mi się plącze gdy jest zdanie (często długie) z wieloma zbitkami trudnych dźwięków; gdy recytuję odpowiedź (zwłaszcza długą ) z pamięci i bez zająknięcia podczas gdy studenci zmagają się z nią z ogromną trudnością; w końcu gdy gwałtownie przyspieszam, gdy zostaje mało czasu do końca lekcji i wtedy pojawiają się wielkie oczy studentów. Często też spotykają mnie podziękowania za lekcje, które prowadziłem w zastępstwie: najpierw grupę lekarzy potem grupę ze stage'a 6 (znałem większość osób z tej grupy - szczególnie dziewczyny, z który często rozmawiam na przerwach), która chciała bym był ich nauczycielem na stałe. Czasem też studenci podwożą mnie samochodem gdy mamy zajęcia wieczorem. Aha... byłbym zapomniał. Często też jest zabawnie jak zaczynam mówić po turecku parę słów (czego wymaga książka) by wyjaśnić im znaczenie w ich własnym języku a oni np zapomnieli ich znaczenia wtedy wkraczam do boju i podaję to właśnie tłumaczenie. Na razie tyle w tym post-cie. Wkrótce następny.
wtorek, 26 października 2010
Rozmaitości z życia szkoły
Czasem człowiek może się wkurzyć, czy to na uczniów czy to na działania szkoły w stosunku do nauczycieli. Zacznę od uczniów. Są niektórzy uczniowie, którzy pomimo ciągłych powtórek nie potrafią opanować odpowiedzi. Trzeba za nich odpowiadać. W sumie to nie do kończ ich wina. Metoda Callana wymaga automatycznego odpowiadania, toteż nie można odpowiedzieć po swojemu tylko dokładnie tak jak jest w książce. Ale są tacy którzy nic nie potrafią samodzielnie powiedzieć, trzeba wszystko za nich odpowiadać i poza tym nie mogą opanować tych podstawowych wiadomości. Zobaczymy co będzie na wyższych etapach. Jak na drugim są problemy to nie wyobrażam sobie ich na, powiedzmy, 5-tym czy 6-tym. Jest to też przyczyną, że lekcja się przeciąga i nie zdążam często wszystkiego zrealizować. Przez to opuszczam czytania, dyktanda i robię mniej stron nowego materiału. Z tego powodu jesteśmy z tyle. Weź tu się nie wkurz. Jak na każdej lekcji trzeba zostać czasem 10 min dłużej by coś dokończyć. I ja na tym tracę, bo później wychodzę a na mnie czekają z zamknięciem szkoły; grupa traci bo mniej ćwiczą język (mniej czytań, dyktand i stron NEW Work). No i nieładnie to wygląda na Class Sheet gdzie zamiast 7 są 4 str nowego materiału. Szkołą też ma swoje wybryki: często wzywają mnie (proszą ale bez prawa odmowy bo nikt inny nie może) bym przyszedł wcześniej, żebym zrobił catch-up lub przeprowadził egzamin, lub bym kogoś zastąpił. Ale robią to np godzinę (albo jeszcze krócej) wcześniej, więc rzucam moje plany (szczególnie te związane z posiłkiem przed wyjściem) i szykuję się w pośpiechu do wyjścia. A jak mam wziąć jakieś zajęcia to stawiają mnie przed faktem dokonanym gdy już jestem w szkole. Zdarzyło to mi się już parę razy. "Wiesz co,"mówi Abdullah,"masz ucznia/nową grupę/zastępstwo/trial lesson/catch-up/level definition itp." parę minut przed planowanymi zajęciami. Nie mam więc czasem kiedy pójść do domu po jakąś kurtkę lub by coś zjeść. Czasem jest z godzinę czasu ale nie opłaca mi się wtedy iść do do domu, więc idziemy z Abdullahem do pobliskiej knajpki by coś wrzucić na ząb. Ale często nie mam takiej możliwości. ale dobra informacja: moi współlokatorzy powiedzieli że mogą mi znaleźć jeszcze jedną pracę z lepszą płacą. Pożyjemy, zobaczymy. Raczej trzeba patrzyć z przymrużeniem oka na ich deklaracje.
sobota, 23 października 2010
Sobota - 16.10 - Zakup nowej kart sim
Skoro wziąłem wypłatę mogłem udać się po zakup tureckiej karty sim bo już mnie błagali w szkole o jak najszybsze załatwienie tej sprawy. Po drugie już nie chciałem prosić po raz kolejny mojego współlokatora by był moim tłumaczem. Poszedłem więc do salonu Vodafone (zawsze chciałem mieć kartę w tej sieci) w Forum Çamlık - centrum handlowe, o którym pisałem we wcześniejszych postach. Podchodzę do gościa i mówię, że chcę kupić nową kartę sim. Ten nic. Gościu obok mi powiedział że tamten nic nie czai po angielsku. W sumie ten też wcale nie lepiej mówił. Zatem on mi tłumaczył hasła w Google Translator a ja tylko potakiwałem, że właśnie o to chodzi. Więc chce ode mnie paszport. Zaskoczył mnie; myślałem, że tylko do rejestracji telefonu nie tureckiego trzeba paszport, a jak później przeczytałem w necie, wszyscy cudzoziemcy przy jakichkolwiek transakcjach, umowach itp. muszą okazać paszport. Tłumaczę, a raczej gestykuluję, że przyjdę później. Tak też uczyniłem, wstąpiwszy do mieszkania by wziąć paszport. Podkusiło mnie także by wziąć Prawo Pobytu (słuszne było moje przeczucie jak się miałem przekonać) i udałem się z tymi dwoma dokumentami i, oczywiście, kasą z powrotem do salonu. Kazali mi wybrać nr, wziąłem pierwszy z brzegu. -Co za różnica?- myślę sobie. Wtedy przydał się Residence Permit bo chcieli adres a tam był on napisany. Dostałem taryfę dla studentów, chociaż już nim nie jestem, ale zbytnio nie protestowałem. Dostałem pisemko z ofertami, taryfami itp i ten mniej kumający po angielsku tłumaczy mi szczegóły oferty, oczywiście po turecku. Ja, rzecz jasna, udaję że wiem co do mnie mówi, chociaż cennik był dość klarownie przedstawiony, toteż można było wywnioskować co się tyczy czego. Kiwałem głową ale rozumiałem trzy po trzy. Tamten drugi gościu powiedział że dopiero około 20 mam włożyć kartę do telefonu, gdyż rejestracja/aktywacja trochę trwa. Odczekałem więc te parę godzin, wkładam kartę, wpisuję pin (obowiązkowo) i patrzę - działa!!! Zatem mogę od tej pory komunikować się ze szkołą bezproblemowo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)