W końcu udało mi się sfilmować Elvisa i jego popisowy numer. Często tak robi jak chce się bawić albo czegoś chce: oczywiście przeważnie jedzenie jak widzi jak my jemy. Moi współlokatorzy walą go wtedy po łbie. Ja jestem bardziej humanitarny i jem w spokoju jak pies patrzy na mnie tymi swoimi błagającymi ślepiami. Czasem dam mu jakiś kawałek. głownie nitkę lub dwie spaghetti albo trochę parówki. Czasem jak jestem szybki (a Elvis zdezorientowany) uciekam do mojego pokoju i zamykam drzwi na klucz. Ale niestety często skubaniec mnie wyprzedza i już biegnie do mojego pokoju zanim zdążę zamknąć drzwi. Już się nauczył, że po zrobieniu sobie czegoś do jedzenia udaję się do pokoju. Czasem kurczę szczeka jak zwlekam z daniem mu czegoś. Okrąża mnie wtedy z prawej, potem z lewej strony (a nuż mu coś spadnie ze stołu). Czasem pokazuję mu pusty talerz albo pustą dloń a ten już obwąchuje mnie swoim zagluconym nochalem. Ale to nawet śmiesznie wygląda. Nie myślcie sobie że go głodzimy. Wręcz przeciwnie. Dostaje zawsze rano karmę i wodę. Ale jest wybredny, lubi zmiany. W sumie mu się nie dziwię. Ja też nie zniósłbym codziennie tego samego jeść.
Google Website Translator Gadget
piątek, 22 października 2010
środa, 20 października 2010
Piątek 15.10
Kolejna grupa - 4 dziewczynki. Bardzo chcą się uczyć ale ja kto dzieci: są hałaśliwe, odpowiadają chórem i niecierpliwią się a także łatwo się rozpraszają. Nie łatwo nad nimi zapanować, ale dostałem zielone światło by się nie spieszyć i realizować program tak wolno jak chcę. Czasem załamuję ręce bo zaczynają się motać i ja się śmieje i one się śmieją i przez to rozbrajają mi zajęcia. Aż za dużo śmiechu jest na tych zajęciach ale i tak jest sympatycznie bo dzieci jak to dzieci są bardzo wdzięczne za wszystko i się chwalą tym co mają i co umieją. Teraz mam z nimi zajęcia w środy zamiast piątku. W ogóle to przychodzą prosto ze szkoły a do tego w mundurkach i nie wszystkie zawsze mają ubranie by się przebrać.
Odbiór Residence Permit - 14.10
13.10 - "Kasa na stół" czyli pierwsza wypłata; kolejny wieczorek zapoznawczy
Po kilkakrotnych pytaniach: "kiedy będą pieniądze" doczekałem się ich wreszcie. Dostałem moje 750 lir jak było ustalone. Mogłem zatem kupić sobie w końcu turecką kartę sim, zrobić większe zakupy bo zostały mi resztki pieniędzy, więc zależało mi na jak najszybszym otrzymaniu zapłaty.
Więcej godzin - nowe grupy
W końcu dostałem nowe grupy - grupę nastolatków ale tym razem starszych niż grupa weekendowa, dzieciaczki (4 dziewczynki) oraz prywatnego ucznia. W postcie tym napisze trochę o tej pierwszej. Nasza znajomość zaczęła się dość dziwnie, bo wg planu miałem z nimi mieć zajęcia we wtorek, natomiast w poniedziałek - drugi nauczyciel. Zatem siedziałem sobie w domciu, śmigałem po Internecie, aż tu nagle widzę jak przyszedł mail od Abdullaha, w którym pisze bym do niego natychmiast zadzwonił. Dzwonię zatem i dowiaduję się że mam zajęcia a grupa czeka. Migiem się przebieram i pędzę do szkoły. Oczywiście grafik się zmienił albo ja coś przeoczyłem i jednak miałem zajęcia w poniedziałek. Zrobiliśmy tego dnia tylko jedną godzinę. Jednak jak się potem dowiedziałem, drugi nauczyciel jednak zaczął z nimi książkę i skończył mniej więcej na tej samej stronie co ja. Czyli grupa miała 2 razy to samo. Jednakże muszę orzec, że ludzie są po prostu świetni: nie spóźniają się, rozumieją co się do nich mówi i nie zwalniają tempa lekcji z powodu problemów, pytań; albo zbyt długiego czytania, pisania i sprawdzania tego co napisali. Mogę zatem stosować normalną metodę Callana z 7 stronami tzw New Work, podwójnymi czytaniami i dyktandami oraz częścią konwersacyjną na koniec lekcji. Raz nawet przerobiłem z nimi 12 stron, co jest trochę za dużo gdyż górny limit to 8,9 str, bardzo dobra grupa może opanować 10. Ale nie było strasznie dużo materiału na tych stronach i uczniowie dawali sobie z nim radę, więc trochę zaszalałem.
wtorek, 19 października 2010
Dżampreza - 09.10.2010
W końcu coś się ciekawego dzieje. Po przyjściu do domu zauważyłem, że było więcej osób niż zwykle. Oczywiście stół zasyfiony jak zwykle, panowie siedzą i wyżerają mój chleb - nic nowego. W sumie najczęściej chleb mi wyżerają chociaż mówią, że mogę korzystać z ich zasobów, ale co tam jest: same przeciery pomidorowe, trochę ryżu, przyprawy i w sumie tyle. Ja kupuję chleb głównie dla siebie żeby mieć do wędliny albo do czegoś innego. Kupuję też sobie jakieś rzeczy by je ugotować bo niby jest kucharz u nas ale tak naprawdę go nie ma (bo prawie cały czas jest poza domem). Więc mimo ich zapewnień że nie muszę martwić się o jedzenie i nie muszę sam gotować, robię to bo moja praktyka skończyłaby się przed planowanym terminem z powodu mojego nagłego i jakże gwałtownego zejścia śmiertelnego z głodu. No dobra, ach ci Turcy. Tego dnia nakupili jednak warzyw, więc i ja skorzystałem na tym, jak oni moje to ja ich. Coś wisiało w powietrzu jakby to Gandalf powiedział. Także wieczorem usłyszałem ożywione ruchy i głosy w przedpokoju. Nie wiedziałem jeszcze o co biega. Dopiero potem zaczęło się krzątanie w kuchni: skrobanie, siekanie, krojenie, obieranie itp.
W sumie to w końcu mogę pokazać moich współlokatorów (tak,tak to ci z głowami zakreślonymi czerwonym kółkiem). Suleyman to, powiedzmy, nasz kucharz. Ale co on może ugotować jak nie ma żadnych produktów w domu, albo gotuje o nietypowych porach: w nocy, jak ja już po kolacji jestem albo koło południa w weekendy jak jestem w szkole. Często go w ogóle nie ma więc zapewnienie że nie muszę martwić się o jadło bo jest kucharz trochę mnie nie przekonało. No i miałem rację. Sam kupuję produkty (które oni mi czasem wyżerają, głównie chleb) i coś tam sobie pichcę. Czasem proponują wyjście do knajpki koło 12, 1 w nocy, jak jestem jeszcze głodny to idę. W sumie to jem i jem i końca nie widać bo przez ten bułkowaty chleb nie można się porządnie najeść. No i brakuje europejskich przypraw i normalnego polskiego chleba i wędlin.
Ale wracam z powrotem do opisu imprezy. W kuchni przygotowywano zatem produkty, natomiast w pokoju gościnnym (który normalnie wygląda tak)
Po żmudnych przygotowaniach i degustacji polskiej czekolady (oczywiście wszystkim smakowało. Wiadomo - Wedel) zaczęło się party. Powstały dwa kółeczka - religijni muzułmanie (czytaj niepijący chociaż popijali troszkę wina co niektórzy) - głównie dziewczyny i normalni (czyli pijący) - sami faceci. Ja oczywiście zasiadłem w tym ostatnim. :-D Popijaliśmy narodowy turecki trunek - Raki. Ma on bardzo anyżkowy smak, a tradycyjnie pije go się rozrabiając pół na pół z wodą (to w sumie 45%) i dodając kostki lodu. W sumie nie czuje się w ogóle że się pije, lecz po paru szklaneczkach doświadcza się, że Ziemia naprawdę się kręci a przyciąganie ziemskie zmienia się z 1 na 2g. No ale było całkiem sympatycznie - porobiliśmy zdjęcia, pogadaliśmy o trunkach w Polsce, o dziewczynach itp. jak to faceci. Słuchaliśmy też muzyki - tureckiej oczywiście. Turcy mają obsesję na punkcie dumy narodowej -szczególnie wyrażają to słuchając swojej muzyki. O północy większość (głównie dziewczyny) zbierała się do domów a my zaczęliśmy znosić wszystko do kuchni. Aha, zapomniałem dodać że nie dlatego rozmawiałem z facetami bo męska solidarność albo coś w tym stylu. Po prostu tylko oni mówili po angielsku :) Domyślacie się pewnie, że nie miałem problemów z zaśnięciem tej nocy, mimo tego że przyszli do mnie spać Suleyman i ktoś jeszcze (ale nie przyjrzałem się dokładnie kto) oraz że miałem na 10 do pracy następnego dnia. Oczywiście nie mogło zabraknąć Elvisa, który oczywiście wszystko i wszystkich obwąchiwał i trzeba było zamykać drzwi by nam nie wyjadł wszystkiego i nie kręcił się pod stołem.


Powyżej natomiast widzicie Ahmeda. To bardzo specyficzna postać. Pracuje on w lokalu, gdzie często stołują się moi współlokatorzy. Prawie codziennie po pracy (około 2,3 rano) przychodzi do nas spać na kanapie albo w salonie albo w kuchni i zawsze przychodzą po niego z pracy kolo 12 i są problemy z jego dobudzeniem. Ale to nie mój problem. Zawsze pije sporo u nas (widać po paru buteleczkach i/lub puszeczkach Efesu - jednego z dwóch rodzajów piwa tureckiego.

Ahmed i jego przeróżne dziwne zabawy, nie widzieliście jak próbuje całować Suleymana i Sercana.
Ale wracam z powrotem do opisu imprezy. W kuchni przygotowywano zatem produkty, natomiast w pokoju gościnnym (który normalnie wygląda tak)
2 osoby przygotowywały tradycyjną potrawę, która nazywa się çiğ köfte. To są tak naprawdę kuleczki mięsne na ostro z natką pietruszki i przyprawami.
| domowe przygotowywania potrawy |
![]() | ||||||
| Tak wygląda gotowa potrawa, którą serwuje się na | pekince |
| Wyjście na balkon, czasem trzeba się przewietrzyć : | ) |
Przygotowania trochę potrwały, ponadto jeszcze przygotowano melon, i kolejną tradycyjną potrawę (chyba nie widać na zdjęciach ale wezmę z Wikipedii) tzw haydari - jogurt z pieprzem, solą, świeżą (!) miętą i czosnkiem (tak w skrócie). Pycha!
| Nasze panny |
Po żmudnych przygotowaniach i degustacji polskiej czekolady (oczywiście wszystkim smakowało. Wiadomo - Wedel) zaczęło się party. Powstały dwa kółeczka - religijni muzułmanie (czytaj niepijący chociaż popijali troszkę wina co niektórzy) - głównie dziewczyny i normalni (czyli pijący) - sami faceci. Ja oczywiście zasiadłem w tym ostatnim. :-D Popijaliśmy narodowy turecki trunek - Raki. Ma on bardzo anyżkowy smak, a tradycyjnie pije go się rozrabiając pół na pół z wodą (to w sumie 45%) i dodając kostki lodu. W sumie nie czuje się w ogóle że się pije, lecz po paru szklaneczkach doświadcza się, że Ziemia naprawdę się kręci a przyciąganie ziemskie zmienia się z 1 na 2g. No ale było całkiem sympatycznie - porobiliśmy zdjęcia, pogadaliśmy o trunkach w Polsce, o dziewczynach itp. jak to faceci. Słuchaliśmy też muzyki - tureckiej oczywiście. Turcy mają obsesję na punkcie dumy narodowej -szczególnie wyrażają to słuchając swojej muzyki. O północy większość (głównie dziewczyny) zbierała się do domów a my zaczęliśmy znosić wszystko do kuchni. Aha, zapomniałem dodać że nie dlatego rozmawiałem z facetami bo męska solidarność albo coś w tym stylu. Po prostu tylko oni mówili po angielsku :) Domyślacie się pewnie, że nie miałem problemów z zaśnięciem tej nocy, mimo tego że przyszli do mnie spać Suleyman i ktoś jeszcze (ale nie przyjrzałem się dokładnie kto) oraz że miałem na 10 do pracy następnego dnia. Oczywiście nie mogło zabraknąć Elvisa, który oczywiście wszystko i wszystkich obwąchiwał i trzeba było zamykać drzwi by nam nie wyjadł wszystkiego i nie kręcił się pod stołem.| Elvis oczywiście lubi włazić wszędzie i obwąchiwać wszystko |
| Elvis i jego zabawy z dziewczynami |
| Elvis uwielbia włazić między nogi i obwąchiwać wiadomo co |
| ....i oczywiście dymać nogi na prawo i lewo |
| W sumie wszyscy w komplecie, oprócz robiącego zdjęcie ale jego widać jak przygotowuje köfte. |
| Bardzo podobne zdjęcie, a w środku Ayran w butelce (jogurt z wodą), który smakuje jak nasze zsiadłe mleko. Turcy piją go nagminnie do wszelakich posiłków, natomiast cudzoziemcy - Colę, Fantę, Sprite itp. |
Powyżej natomiast widzicie Ahmeda. To bardzo specyficzna postać. Pracuje on w lokalu, gdzie często stołują się moi współlokatorzy. Prawie codziennie po pracy (około 2,3 rano) przychodzi do nas spać na kanapie albo w salonie albo w kuchni i zawsze przychodzą po niego z pracy kolo 12 i są problemy z jego dobudzeniem. Ale to nie mój problem. Zawsze pije sporo u nas (widać po paru buteleczkach i/lub puszeczkach Efesu - jednego z dwóch rodzajów piwa tureckiego.
Ahmed i jego przeróżne dziwne zabawy, nie widzieliście jak próbuje całować Suleymana i Sercana.
niedziela, 17 października 2010
Miesiąc w Turcji mija - czas ubiegać się o prawo pobytu.
Po pierwszym mailu z prośbą o pomoc w ubieganiu się o prawo pobytu, który został wysłany i zapomniany, wysłałem drugi z "uprzejmą" prośbą o dopełnienie formalności, gdyż został chyba dzień czy dwa do upłynięcia ustawowego miesiąca w którym trzeba ubiegać się o prawo pobytu gdyż potem mogą być problemy z jego uzyskaniem. Dowiedziałem się więc, że zostaną wysłane dokumenty do szkoły, razem z wytycznymi co trzeba dołączyć. Zatem: paszport i kopia strony ze zdjęciem i wizy, odręczne pismo do władz, że ubiegam się o prawo pobytu (oczywiście napisane przez aiesecera), 7 zdjęć (argh!!!), których oczywiście nie miałem, pismo ze szkoły z paroma danymi, oraz AN szkoły. Dodatkowo jeszcze miałem (o zgrozo) wziąć 160 lir. Patrzę do mojego portfela a tam zaledwie 6 lir. Zatem trzeba było śmigać następnego dnia do banku i wymienić moje kochane funciaki. Miałem być na 12 - 13 w szkole. Tam miałem się spotkać z aiesecerem (tak, tym który mnie odebrał 1szego dnia i potem zaprowadził do pracy) by potem pojechać na komisariat. Oczywiście przyszedł grubo po 13 a nie czy nie wręcz koło 13.30. Oczywiście pogadał z Abdullahem Sekretarzem, wypił wodę i poszliśmy.... do centrum handlowego bo tam mieliśmy jeszcze zajść po Tajwankę, która też się wybierała na komisariat by złożyć papiery. Trochę nam to zajęło bo jeszcze mój "opiekun," który w ogóle nazywa się Cavit (Dżawit się wymawia), spotkał jakąś swoja kuzynkę i trochę pogadali ale zaraz ruszyliśmy, zgarnęliśmy dziewczynę i do dolmusu (duolmusz mniej więcej się wymawia, nie mam tureckich znaków - dwie kropki nad o jak w niemieckim i ogonek przy s jak w rumuńskim albo chociażby francuskim). Oczywiście jak się dowiedzieliśmy trzeba jeszcze przetłumaczyć notarialnie AN bo tylko takie uznaje policja, natomiast logo aieseca i pieczątka firmy jest bez żadnego znaczenia. No i oczywiście koszty - tym razem 25 TL. Potem jeszcze zdjęcia - kolejne 8 TL, potem jeszcze musiał ten Cavit napisać pisma ręcznie z naszymi adresami w kraju i w Turcji z jego i naszymi podpisami. No i w końcu na komisariat. Oczekaliśmy się trochę bo każdy smerf nas olewał. Najpierw Turcy, potem dopiero my. No ale złożyliśmy papiery, kilka podpisów na jeszcze innych kwitkach, zapłaciliśmy 135 lir i to by było na tyle. Za parę dni dokument miał być gotowy. No cóż, głodny (bo jadłem tylko śniadanie) wsiadłem w dolmus i dotarłem koło 17 do domu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
